RSS
środa, 29 marca 2017

 Dzisiaj luźniejszy dzień w pracy. Nie żebym  nie miała co robić, co to to nie. Coraz częściej łapię się na tym, że nie jestem pracownikiem, który powinien sam sobie organizować pracę. Niby ma to swoje plusy: niezależność, swoboda, większa odpowiedzialność i wpływ na wykonywane obowiązki,  jednak w moim przypadku jest też dużo minusów.

Przede wszystkim tyczą się one tych obowiązków, w których nie czuję się pewna siebie. W obszarach, które są dla mnie trudne albo wymagają zaangażowania innych osób, z którymi nie lubię się kontaktować-idzie mi jak po grudzie.

Jak mogę, odkładam na kolejny dzień, kolejny tydzień itd. Zwlekam, bo się boję „wyjść poza strefę własnego komfortu”. Martwi mnie to bardzo i, oczywiście, stresuje.

Źle znoszę porażkę, krytykę i obnażanie własnych słabości. Wiem, że nikt nie jest bogiem, że każdy ma swoje lepsze i gorsze strony, że nie ma ludzi, którzy znają się na wszystkim, ale…….

Poza tym w pracy ok. Co miesiąc dostaję premię, więc chyba są zadowoleni. Śpię nienajgorzej, ustąpiły moje niedawne dolegliwości gastryczne. Wygląda na to, że za większość moich dolegliwości jednak odpowiada głowa.

Tygodniowy wypad do Barcelony był zbawienny. Naładowałam akumulatory słońcem, powylegiwałam się na plaży, nacieszyłam wzrok i serce pięknem miasta i mieszkających w nim ludzi. Nie miałam ani jednej migreny, czuję się mniej zmęczona.

Barcelona jest piękna. Architektura takich miast zapycha mi dech w piersiach. Oczywiście nic nie zastąpi mojej ukochanej Lizbony. Nawet zastanawiałam się dlaczego JĄ wolę i znalazłam odpowiedź: Lizbona jest biedniejsza, bardziej zniszczona. Ale właśnie to tworzy niesamowity klimat. Atmosferę nostalgii, jakiejś takiej nieokreślonej tęsknoty za tym, co minęło. Portugalskie saudade to charakter tego miasta. Ciągle marzy mi się wizyta w Porto. Kolejnej wiosny już nie odpuszczę. Kolega mojego A. mówi, że Lizbona dostanie w najbliższych latach duży zastrzyk finansowy na renowację zabytków i infrastrukturę turystyczną. Nie będzie już tak tanio. Oby atmosfera się nie zmieniła.

Takie wyjazdy, jak ten do Barcelony, mają jeszcze jedną, może nawet ważniejszą wartość dodaną. Poznawanie nowych ludzi, a co za tym idzie obcowanie z inną kulturą, inną mentalnością, innymi obyczajami. Uwielbiam to.

Tym razem miałam okazję być na kolacji w typowym katalońskim domu. On-Polak, ale w Polsce nie mieszka od kilkudziesięciu lat. Jest profesorem fizyki, wykłada na Uniwersytecie w Barcelonie. Ona- urodzona Katalonka, również profesor fizyki. Biegle władająca 5 językami. Był jeszcze syn-lat 15. Jeden z dwóch bliźniaków. Typowa hiszpańska uroda, bardzo dobrze wychowany, również mówiący po polsku. Bałam się tej wizyty, bo obcy ludzie, nie wiedziałam jak będzie. Nie wiedziałam, czy mój angielski jest wystarczający, czy Natasza nie da plamy odmawiając jedzenia dań, których nie zna. Czy będzie o czym rozmawiać itd. Obawy okazały się zupełnie bezsensowne. Wieczór był uroczy. Rozmowy ciekawe. Mogłam też rzucić okiem na wnętrze domu, którego wystrój bardzo odbiegał od tego, co znamy u nas, np. sypialnia właścicieli mieściła się w oddzielnym budynku, tak więc, aby się do niej dostać przykładowo  z kuchni- trzeba było wyjść na zewnątrz. Nietypowe, prawda?

Znajomość na pewno wartościowa. Potwierdziło się jedno, znajomość języków obcych jest nie do przecenienia. Kiedy rozmawialiśmy o d… Maryny wszystko było ok., ale kiedy temat zszedł na politykę- nie szło mi już tak gładko. Cóż, było się uczyć…

Kolejną nową znajomością zawartą w Barcelonie była znajomość z Vasco. Vasco jest muzykiem, gra na perkusji. Ojca ma Portugalczyka, matkę- Hiszpankę. Mieszka razem ze swoją dziewczyną Ewą-Polką w artystycznej komunie, choć nie jest to określenie najbardziej trafione. To po prostu mieszkanie, które wspólnie wynajmuje grupa ludzi. Dzielą się kosztami, spędzają ze sobą część czasu, niektórzy są w związkach. Jak ktoś oglądał film „Smak życia” to będzie sobie umiał wyobrazić.

Po wizycie u Vasco wiem na pewno- takie życie nie dla mnie. Już fakt, że do łazienki musiałam chodzić z własnym ręcznikiem, był dla mnie trudny do zaakceptowania. Ludzie sympatyczni, przeważnie z artystycznym zacięciem, z ciekawymi życiorysami i pasjami. Może jak się ma 20 lat to taki tryb życia ma swoje plusy, jednak Vasco dwudziestkę ma daaawno za sobą. Nie zmienia to faktu, że i ta znajomość na pewno na długo pozostanie w mojej pamięci.

Świat jest taki różnobarwny. Tak wiele nas uczą kontakty z innymi ludźmi. Jesteśmy społeczeństwem bardzo monochromatycznym. Ma to również swoje plusy, bo łatwiej nam się odnaleźć w świecie norm, które znamy, w świecie obyczajów i miejscowych kulturowych odniesień. Pewnie też w tej naszej polskiej zupie trochę bezpieczniej, ale jednak coś tracimy.

Gluś w Barcelonie najbardziej lubił jeździć metrem. Wiem doskonale dlaczego. Metro to miejsce, gdzie można zobaczyć najwięcej. Sama nie mogłam oderwać wzroku od czarnoskórych piękności siedzących naprzeciwko, od nastoletnich Hiszpanek wytatuowanych od stóp do głów, z kolczykami w każdej możliwej części ciała, od tego kolorowego tłumu mówiącego różnymi językami. Za to wszystko kocham wielkie miasta.

A teraz już Was zostawię, bo się dzień pracowy skończył. Ha, ha, ha!, wyjdzie na to, że cały dzień pisałam wpis na blogu zamiast pracować. Byłoby zbyt pięknie. Jutro targi pracy, więc mam pracę wyjazdową. Lubię takie urozmaicenia. Oby nie było nudno.

 

15:00, brommbie
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 27 lutego 2017

W ostatnim czasie coraz częściej wątpię w człowieka, jako istotę zdolną do uczuć wyższych, poza miłością samego siebie...

Małżeństwa bliskich mi osób przechodzą czas próby. Nie chodzi o kochanki, kochanki są już passe. Na drodze do szczęścia w pierwszym przypadku staje rower, który zajmuje cały wolny czas pana domu. W drugim przypadku mamy biegówki oraz obsesję na punkcie zdrowego żywienia. Pan nie je glutenu, nie toleruje laktozy, kazeiny, wieprzowiny, owsa i mnóstwa innych rzeczy i w związku z powyższym terroryzuje rodzinę, która nie ma prawa powiedzieć: Wal się, dziadu! Idź się leczyć...

Za to obie panie domu są na skraju załamania nerwowego. Przestają wierzyć, że coś w tym życiu jeszcze ma sens, że o coś warto kopię kruszyć...

Walczą. Nie wiadomo czy o rodzinę, czy już może o siebie w tym szalonym kołowrotku.

Ja patrzę na mojego A. i sama już nie wiem gdzie jestem. Bo niby pozornie ok, ale jakoś zainteresowania brak, o czułości nie wspominając. Żyjem sobie razem, a jakby ciut na osobnych orbitach. Czy ja mu do czegoś jestem potrzebna oprócz prozaicznych czynności, w których każdy mógłby mnie zastąpić? Nie wiem...

I tak mi przyszło ostatnio do głowy, że jeszcze rok, dwa, a może pięć. Niech ino dzieci podrosną. Skrzyknę nasze babskie towarzystwo i zamieszkamy razem. Będziem mieć zadbany dom z ogródkiem. Kwiaty w wazonie, obiad na stole i podłogi czyste. I czasem zaprosimy jakiegoś faceta. Niech się wykaże. Niech spróbuje starych sztuczek, niech w oczy głęboko popatrzy i bluzą się podzieli w chłodny wieczór. Ale na stałe-wara! Po co mamy u psychoterapeutów stałe rachunki otwierać. No po co?!

Miłość w męskim wydaniu ma krótszy termin wartości. Miłość na dłuższą metę ich przerasta. Ego zasłania im widok. Ech, szkoda język strzępić!

Dobrej nocy, Kochane moje. Że też nie jestem lesbijką ;)

20:52, brommbie
Link Komentarze (13) »