RSS
wtorek, 19 grudnia 2017

Jakoś nie mogę się otrząsnąć. Był z nami prawie 16 lat. Wzięliśmy go jeszcze w Warszawie. Urodził się na Ursynowie i pierwsze tygodnie spędził w budzie z...bernardynem. Kiedy go zobaczyliśmy pierwszy raz, wyglądał jak półtora nieszczęścia. Nawet zawahałam się przez chwilę, czy go wziąć. Ale wzięliśmy i to była bardzo dobra decyzja. Harry był członkiem naszej rodziny. Zniósł dzielnie wszystkie przeprowadzki, choć przed wyprowadzką z Warszawy zgubił się na parę dni i myśleliśmy, że już go nie znajdziemy. Nie był typem włóczęgi i łobuza. Był nad wyraz spokojny i inteligentny. Kiedy nie wrócił do domu, to nie z powodu włóczęgostwa, ale dlatego, że zaplątał się w jakieś druty kolczaste i nie mógł się wydostać. Nigdy bym go nie znalazła, gdyby nie fakt, że usłyszał, że go wołam. Zrobił wszystko, aby dać mi znać gdzie jest.

Nigdy nie był uciążliwy. Nie właził na blaty, nie niszczył mebli. Doskonale wiedział co mu wolno, a co nie. Nawet, kiedy nas nie było w domu nie zmieniał nawyków. Nie wchodził do naszej sypialni, kładł się tylko w wyznaczonych miejscach. Duża w tym zasługa mojego męża, który zawsze uważał, że kota można wychować, co czynił z dużą konsekwencją :(

Kochaliśmy go wszyscy. Wydawało się, że będzie wieczny.

Niestety. Ostatnie miesiące pokazały czym jest starość. Z dnia na dzień jego stan się pogarszał. Stracił swoją piękną, czarną sierść i zaczął rudzieć. Nie mógł już jeść suchej karmy z powodu osteoporozy, która zniszczyła mu zęby. Coraz rzadziej się przytulał, coraz częściej szukał samotności.

Od listopada było już bardzo źle. Wizyty u weterynarza, problemy z krążeniem, woda w płucach. W tym wszystkim i tak był bardzo dzielny. Dostawał zastrzyki na wzmocnienie i przez moment pomyślałam "będzie dobrze". W piątek, pomimo zakazu wychodzenia na dwór, wymknął mi się w momencie, kiedy rozpakowywałam auto i zostawiłam uchylone drzwi. Nie zmartwiłam się zbytnio. Słabiutki jest, to za 10 minut wróci-pomyślałam. Nie wrócił...

Dzisiaj wtorek. Przeszukałam już wszystkie miejsca w swoim ogrodzie i ogrodzie sąsiadów. Ani śladu. Noce były mroźne. Nie sądzę, aby przeżył. Miska ciągle stoi na tarasie, nie mam odwagi usunąć kuwety z kuchni. Co rano łapię się na tym, że chcę otworzyć nową puszkę z kocią karmą. Na trawniku ciągle widać wydeptaną ścieżkę, którą chodził, a na płytkach w kuchni -2 ślady jego brudnych łapek.

Nie wiem, czy kiedyś będę gotowa na nowego kota...

 

08:00, brommbie
Link Komentarze (16) »
piątek, 15 grudnia 2017

Tak tylko chciałam napisać, bo na więcej jakoś nie mogę się zebrać :)

07:37, brommbie
Link Komentarze (3) »