RSS
piątek, 16 lutego 2018

Jestem w trakcie czytania "Małego życia" Hanyi Yanagihary i choć nie rzuciła mnie ta książka na kolana, jak ponoć pół globu, to jednak nie mogę się od niej oderwać.

Lektura sprawiła, że zastanawiam się jak duży wpływ ma dzieciństwo na całe dorosłe życie. Kiedyś myślałam, że to nieprawda, że to taki wybieg psychologów. Najlepiej zwalić na dzieciństwo i problem z głowy. Teraz myślę, że coś w tym jest.

Tak wielu ludzi wokół mnie nie radzi sobie z codziennością. Przypadki depresji, niskiej samooceny, rezerwy w kontaktach z otoczeniem. Kiedy zajrzysz pod podszewkę wychodzą zmory z dzieciństwa. Apodyktyczny rodzic, alkoholizm w rodzinie, zbyt duża dyscyplina, wymagania i ograniczanie wolności. Przykłady patologii można by mnożyć.

Kiedy o tym myślę, dziękuję Bogu za to, jak wyglądało moje dzieciństwo. Było naprawdę beztroskie i normalne. Zawsze miałam oparcie w rodzicach, zawsze dom był miejscem, w którym czułam się bezpieczna.

Moi rodzice nie byli idealni. Moje relacje z mamą pozostawiają wiele do życzenia, jednak baza była i myślę, że to, kim teraz jestem w dużej mierze zawdzięczam tej zdrowej "Bazie". Swoją otwartość na świat i ludzi, poczucie własnej wartości, tolerancję, poczucie humoru i optymistyczne patrzenie w przyszłość pomimo problemów, które przecież nigdy mnie nie omijały.

To, czego doświadczamy kształtuje nas przez całe życie. Nie jestem już tą osobą, którą byłam 20 lat temu, nie będę taka sama za lat 10.

Bardzo mnie to cieszy, bo widzę, że jest tak jak śpiewa Maleńczuk: "Człowiek z wiekiem staje się rozumny. Człowiek z wiekiem ...do trumny":)). Jeśli nasze życie będzie dobre, to i końcówka może być ciekawa. Tego się trzymajmy.

Amen

 

12:22, brommbie
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 lutego 2018

Mam ostatnio problemy ze snem. Oczywiście na tle nerwowym. Problem ciągnie się latami, ale ostatnio się nasilił. Oprócz typowych stanów lękowych, trzęsiączki i bólów w klatce, doszedł jeszcze świąd skóry, który jest chyba najgorszy.

Ma się wrażenie, że swędzi jakieś konkretne miejsce, ale nie można go zlokalizować, ani podrapać, aby sobie ulżyć. Raz mnie swędziało udo, pięć minut później palec w prawej dłoni... Masakra.

Najgorsze jest to, że nic strasznego się nie dzieje. Stresy, które mam nie są jakieś nadzwyczajne, powinny mieścić się w normie. Jednak nie dają o sobie zapomnieć i nocą wychodzą na powierzchnię.

Kiedy Maja była w szpitalu próbowałam różnych metod relaksacji. Kupiłam książkę do metydacji itd.

Ćwiczenia fizyczne, wieczorne spacery z psem, łykanie Calmsów niestety nie działa.

Może czas iść do psychiatry?

08:54, brommbie
Link Komentarze (7) »