RSS
środa, 27 października 2010

Od wczoraj jestem wściekła. Wściekła na siebie, na swoją naiwność, bezmyślność i w ogóle. A wszystko przez wózek...

Ponieważ wózek, który ma Natasza jest duży, ciężki, ma pompowane koła itd., nie mieści mi się do bagażnika bez rozmontowywania kół. Operacja ściągania i zakładania kół jest ciężka i często brudząca. Postanowiłam więc nabyć nowy wózek, abym mogła jeździć z Nataszą sama, np. do rodziców, czy na zakupy. Marzyła mi się jakaś sprytna "parasolka". Nie droga, nie tania, nie koniecznie wypasiona, ale funkcjonalna i bezpieczna dla Glusia.

Sąsiadka podarowała mi coś w tym stylu, ale okazało się, że mechanizm składający się zacina, co skończyło się  kiedyś atakiem mojej furii przed centrum handlowym. Zapadła decyzja: musi być nowy wózek.

Pech chciał, że teściowie zapytali akurat co kupić Nataszy na roczek... Drugiej wnuczce kupili mebelki do pokoju, więc chcieli, abyśmy też coś dostali. Zaproponowałam zakup wózka. No i mam, czego chciałam!

Ten wózek to jakieś nieporozumienie. Nie byłam nim w stanie przejechać 2 przecznic. Na torach tramwajowych o mało Natasza nie znalazła się na ziemi. Dostałam opieprz od własnej matki, jak mogę narażać dziecko na niebezpieczeństwo...

Wiem, jestem świnia. Sprawdziłam w necie ile to cudo kosztowało. Niecałe 100 zł, można je nawet znaleźć za 70pln... Kurde, nie sądzę by komplet mebelków też tyle kosztował!

Najgorsze jest to, że nic teraz nie mogę zrobić. Andrzejowi nie będę się skarżyć, bo będzie mu przykro. W końcu to jego rodzice. Nowego wózka nie kupię, bo co powiem jak go teściowie zobaczą? I jestem ugotowana (delikatnie mówiąc). Niech to szlag!

10:05, brommbie
Link Komentarze (7) »
sobota, 23 października 2010

Obudziłam się z bólem gardła. Na szczęście na razie nie czuję nic więcej. Mam nadzieję, że nie łapie mnie jakieś choróbsko. Tego by było za wiele.

Cały dzień w biegu. Pajo, Leroy Merlin, potem spacer do lasu.

Eksperymentalny obiad: kurczak zamarynowany w jogurcie z dodatkiem pasty curry wyszedł znakomicie. Muszę znów zacząć czytać przepisy w necie. Tyle dobrego i prostego, a u nas wciąż ten sam repertuar. To się zmieni. Byle mi zapału wystarczyło.

Po południu upiekłam ciasto ( właściwie to Maja je upiekła), potem kolejny spacer i asystowanie w skręcaniu mebli. Nie było to proste, bo Gluś na ręku, Gluś na podłodze wśród kartonów i styropianu, Gluś uciekający z miejsca akcji...

19.00- kąpiel, kaszka i nynku aaa. Nareszcie mam chwilę tylko dla siebie.

Gluś dzisiaj wywinął numer. Myśleliśmy, że śpi w łóżeczku, a ona w tym czasie zajadała się wacikami kosmetycznymi. Mam nadzieję, że zbyt dużo nie wylądowało w brzuszku. Dookoła niej było mnóstwo suchej i "wynuplanej" waty. Wata-6 zł, radość dziecka-bezcenne... Kurcze, musimy mieć oczy dookoła głowy.

Chciałam wieczorem wyskoczyć do kina, chciałam wziąć kąpiel, chciałam... już nawet nie pamiętam co jeszcze. Nie zdążyłam. Nie ważne. To była miła sobota. Każda sobota z Andrzejem i dziewczynami jest miła. Szczęściara ze mnie. Teraz włożę zapałki w oczka i może jeszcze coś zrobię. Nie, nie- żadnych prac domowych, tylko relaks.

Zaczynam od kawałka ciasta i herbatki. Pa, pa!

20:33, brommbie
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3