RSS
poniedziałek, 21 września 2015

I bynajmniej nie jest mi smutno.

Dzisiejszy dzień to jeden z tych dni, kiedy człowiek ma wrażenie, że sen miesza się z jawą.

Od samego rana każda chwila była zaskakująca i miła.

Ale zacznijmy od weekendu:

Pojechałam do Warszawy spotkać się z dobrym kolegą Portugalczykiem. Staramy się oboje podtrzymywać ten kontakt, bo bardzo się lubimy. Ilu i jego partnerka- Asia to ludzie, z którymi naprawdę miło spędzić kilka godzin. Coś takiego w nich jest, że nie mam oporów przed opowiadaniem im nawet o najbardziej prywatnych sprawach. Śmiejemy się, pijemy wino, snujemy plany przeprowadzki do Portugalii na stałe :))

Wyrwanie się z domu bez bagażu w postaci dzieci dobrze mi zrobiło. W Warszawie jest zawsze coś do zrobienia. W końcu tam mieszka syn Andrzeja, więc mamy kogo odwiedzać.

Połaziliśmy więc z A. po Starówce, zjedliśmy kebab na Świętokrzyskiej, pozachwycaliśmy się tempem zmian w zabudowie Śródmieścia. Wieczorkiem wpadliśmy na kolację do Der Elefant. Czasu było mało, ale nadrobimy, bo w październiku Warszawski Festiwal Filmowy i nie ma bata- przyjadę.

Po powrocie czekała mnie miła niespodzianka w postaci profesjonalnie przetłumaczonego na angielski mojego cv. Są ludzie, na których zawsze można liczyć...

A dzisiaj to już był odlot na całego. Na 11.00 zostałam zaproszona do ośrodka dla uzależnionej młodzieży w Wierzenicy. Pisałam już tu kiedyś o nich. Kierownik ośrodka dowiedziawszy się o moim zwolnieniu, nalegał, abym wpadła "na kawę". Wpadłam więc, a nawet spóźniłam się o całe pół godziny, bo był korek na A2.

Kawa okazała się być imprą na sto fajerek. Był wypasiony obiad, tort z moim imieniem, "sto lat" odśpiewane na prawie 30 głosów. Dostałam prezenty i mnóstwo miłych słów. Zatkało mnie tak, że słowa wydobyć nie mogłam, a i łzy mi z ucz poletieli :)) A miała być zwykła pogaducha przy kawie...

Już w trakcie tej wizyty odebrałam telefon z zaproszeniem na rozmowę w sprawie pracy. Spotkanie choćby zaraz. Poczekają na mnie. Rozmówczynią okazała się klientka mojego męża, który jak widać lobbuje na moją rzecz. Popędziłam więc na łeb na szyję do centrum. Rozmowa miła, ale praca nie dla mnie :)) Jakkolwiek-miło, że ktoś chciał mnie tak od ręki wziąć.

Zaraz potem kolejny telefon- mój kolega Ilu... Myślę i myślę i coś muszę wykombinować. Wyślij mi CV. Zadzwonię do C. On przecież Cię zna, a dużo może. Więc wysłałam to przetłumaczone wczoraj cv i czekam...

Pół godziny temu kolejny telefon. W środę też mam rozmowę o pracę. Coś się ruszyło.

Może nic z tego nie będzie, może za miesiąc nadal będę miała status bezrobotnego. Nie to jest dzisiaj najważniejsze.

Istotne jest to, że tyle dobrych ludzi wokół mnie. Ciągle mnie zaskakują.

Dzięki Bogu :)))

PS. Zwróćcie uwagę, że to nie pierwszy taki wpis na moim blogu. Szczęściara ze mnie, czy co?

 

 

16:45, brommbie
Link Komentarze (6) »
czwartek, 17 września 2015

Od kilku dni boli mnie głowa.

Poza tym nic nowego. Wysyłam CV w odpowiedzi na ogłoszenia. Niestety, większość pozostaje bez odzewu.

Staram się wykorzystać ten czas dany mi tak niespodziewanie. Codziennie przynajmniej godzinę maszeruję po okolicy, lepiej się odżywiam, załatwiam zaległe sprawy. Mam więcej czasu dla Nataszy i Mai. Są pozytywy siedzenia w domu, choć nie ukrywam, że jest też sporo minusów.

Największy problem z którym sobie nie radzę, to spędzanie czasu z Nataszą. Nie wiem gdzie popełniam błąd, co powinnam robić inaczej. Fakt jest taki, że Natasza po przyjściu ze szkoły okupuje mnie jakby miała 2 a nie 6 lat. Nie potrafi zupełnie bawić się sama. Każde zajęcie trwa krótko i musi być w mojej asyście.

Nie ukrywam, nie jestem w ostatnich dniach oazą spokoju, więc dziecko wiszące na mnie jak bluszcz doprowadza mnie do ciągłej irytacji i całkowitego rozbicia.

Odbija się to na Nataszy, co oczywiście wywołuje we mnie wyrzuty sumienia. Doszło do tego, że coraz później odbieram ją ze świetlicy, coraz częściej staram się uciekać z domu, kiedy A. wraca...

Czuję się paskudnie.

Jak macie jakieś pomysły co z tym fantem zrobić-dajcie znać.

Jedyne, co może odciągnąć Nataszę ode mnie to towarzystwo innych dzieci. Niestety jest w tym temacie bardzo kapryśna. Nie wystarczy JAKAŚ koleżanka. Mamy tu na ulicy jedną dziewczynkę, z którą kiedyś spędzała mnóstwo czasu. Wystarczył jeden incydent i obraziła się na nią na śmierć. Sytuacja całkowitej ignorancji koleżanki trwa już pół roku i konia z rzędem temu, kto zmusi moje dziecko do zmiany nastawienia.

Myślałam o zajęciach dodatkowych ale okazało się to być niewypałem. Na siłę jej nie zapiszę, a każda moja propozycja zostaje skwitowana oświadczeniem: Mogę iść ale pod warunkiem, że X  czy Y będzie też chodziła... Sam nie pójdzie, bo się wstydzi...

I tak tkwimy w sytuacji bez wyjścia. I nie wiem ile czasu musi jeszcze minąć, abym spakowała manatki i poszła gdzie pieprz rośnie...

Napisałabym więcej, ale ból mi zaraz łeb rozsadzi. Wybaczcie.

 

09:17, brommbie
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2