RSS
niedziela, 14 sierpnia 2016

Dopóki nie zainwestuję w nowy komputer będę bywać tu rzadko. Za dużo zachodu. Klawiatura wciąż fiksuje i jak powiedział mój sąsiad: klawisze są chyba „wychechlane”, co oznacza zużyte. Nie ma więc nadziei na poprawę. Dzisiaj korzystam z laptopa męża, ale przecież nie będę tego robić za każdym razem. Konto bankowe po wakacjach świeci pustkami, więc zakup nowego kompa musi poczekać. Blog też, niestety.

Wakacje za nami. Portugalia jak zwykle przyniosła mnóstwo wrażeń i nie zawiodła, choć nie obyło się bez przygód.

Pierwszy dzień to czas największych emocji, bo najpierw lądowanie, do którego nie doszło za pierwszym razem. Nad samą ziemią pilot postanowił podnieść ponownie maszynę. Pionowy lot w górę, przyspieszenie, którego nikt się nie spodziewał, wszystko to sprawiło, że serce stanęło mi w gardle Potem, na szczęście, było już ok i jakoś w tej Lizbonie wylądowaliśmy.

Po dotarciu na miejsce, gdzie miał czekać na nas apartament okazało się, że nikt nic nie wie o naszej rezerwacji… Wieczór, do domu daleko, pustka w głowie. Usiedliśmy na krawężniku i nie wiedzieliśmy co dalej, bo do domu ponad 3 tys. km… Na szczęście to też dobrze się skończyło, ale adrenaliny było, że hej.

Później był jeszcze mój ból zęba, pożar o rzut beretem od nas, który skończył się moją nieprzespaną nocą. Poza tym jednak wszystko było cudowne. Pogoda, widoki, ludzie i ocean. Wiem na pewno, że słońce to mój przyjaciel i większość naszych spadków nastroju bierze się właśnie z niedoboru słońca. Spałam jak dziecko, nie dokuczało mi żadne jelito wrażliwe, nie miałam głupich myśli itd.  Raj na ziemi.

Były dwa momenty, kiedy ryczeć mi się chciało ze szczęścia. Pierwszy to ten, kiedy usiadłam na pustej plaży, na brzegu morza. Przede mną błękit oceanu, szum olbrzymich fal, niezakłócony dźwiękami cywilizacji, za mną bezkres piasku i ten spokój. Miałam wrażenie, że cofnęłam się do jakiś czasów prehistorycznych. Do momentu, kiedy jakiś Stwórca właśnie wydobył swoje dzieło na światło dzienne. Niczym nieskalana przyroda. Piękno w czystej postaci, przebłysk absolutu.

plz

Drugi raz takie olśnienie to zwykły wieczór na balkonie. W słuchawkach nowozakupiona płyta Carminio. Skośnie wpadające promienie słoneczne, widok zwykłej, zapuszczonej łąki z paroma rachitycznymi drzewami oliwnymi. Jakieś kury i bezpańskie psy i to poczucie, że nic mi więcej nie trzeba, oprócz tej muzyki, tego wina w kieliszku, tego sera w kawałkach…

Zjeździliśmy pond1600 km. Lizbona jak zwykle klimatyczna. Evora też, chociaż zniechęciła nas upałem. Tajemnicza Sintra. Troja, która bije nasz Hel na łeb, na szyję… Piękna plaża Lagoa de Albufeira, urywająca głowę, wietrzna plaża Guincho z dziesiątkami surferów i innych frików, którym silne fale nie straszne, plaża Bices i de Fos, na której nikt o zdrowych zmysłach nie ośmieliłby się popływać, Cabo Espichel- zapomniany zakątek na końcu świata, siedemnasto kilometrowy most Vasco da Gama i ten widok Lizbony nocą, który jeszcze mam przed oczami…

windklhplme

Za rok chętnie znowu tam wrócę. Do miast, do wsi, do ludzi i smaków. Oby nic nie stanęło na przeszkodzie. Tymczasem powoli ogarnia mnie proza życia. Stres związany z nową pracą i tym, jak ogarnąć problem odbioru Glusia ze szkoły. Stres związany z innymi sprawami, o których tu pisać nie chcę, ale nie znaczy, że nie istnieją.

I trzyma mnie nadzieja, że musi być dobrze, bo przecież w drodze z Modlina do Poznania, przez 3 godziny widziałam spadające gwiazdy. I wypowiadałam w myślach życzenie, za życzeniem. I tyle ich było, że nawet za innych trzymałam kciuki. Więc musi być dobrze, no bo czemu nie?

Zamknę jeszcze oczy na chwilę i popatrzę na rozlewiska Tagu… Do następnego razu!

19:22, brommbie
Link Komentarze (7) »