RSS
środa, 24 czerwca 2015

Ponieważ należę do tych kobiet , które nie mogą wziąć godnie na klatę faktu upływającego czasu postanowiłam dokonać metamorfozy mojej fryzury, aby poczuć się młodziej, piękniej i bardziej…

Moja fryzjerka nie należy do grona tych powszechnie wychwalanych wirtuozów nożyczek, ba, sama niejednokrotnie nie byłam w pełni zadowolona z jej usług, postanowiłam udać się do fryzjera przez duże „F”.

Mój wybór padł na niejakiego Łukasza B., na cześć którego peany pisane są przynajmniej raz dziennie na każdym portalu „urodowym” ;)

Zaczęło się od tego, że nie mogłam znaleźć salonu tego PANA, choć miałam dokładny adres. Znalazłam nawet szyld, ale wejście ni huhu. W końcu dostałam się do wnętrza mieszkania w kamienicy w centrum Poznania. Wnętrze –nic specjalnego, ani bogate ani ciekawe. Parę
fajnych detali i czereśnie dla klientów, ale d..y nie urywa.

W salonie krzątało się 3 panów. Jeden z wąsem , o takim mniej więcej:

wąsy

 

Drugi cały w tatuażach i kolczykach we wszystkich widocznych częściach twarzy. Oraz trzeci-sam Mistrz, z gęstą wymodelowaną brodą, tatuażami w sosnowy las i marsową miną.

Pierwsz reakcja: o jaaaaaaa! Dokąd ja trafiłam?!

Kto mnie zna, wie, że jestem otwarta na różne dziwactwa i tolerancji mi nie brakuje. Zostałam więc, czekając na rozwój sytuacji. Liczyłam na to, że może naprawdę trafiłam na mekkę artystów, że zaraz i kopara mi opadnie, że zobaczę coś o czym nie śniłam..

Nie zobaczyłam.

Pan Łukasz próbował mnie zaczarować. Modulował głos, wygłaszał monologi na tematy wszelkie. Od włosów zaczynając, przez komórki macierzyste, literaturę, psychologię, na muzyce i sztuce kończąc.

Był znawcą wszystkiego. Humanista pełną gębą. Złotousty i złotoręki. Niestety…nie dałam się nabrać.

Nawet to, że pije kawę wyłącznie z mlekiem migdałowym nie zrobiło na mnie wrażenia. Cóż, nie takich humanistów ja w życiu widziałam.

Fryzjer z niego jak każdy inny. Ani gorszy, ani lepszy.
Trochę już w życiu fryzjerów moje włosy zaliczyły i wiem, na czym polega profesjonalne podejście. Poświęcenie cięciu moich włosów pięciu  minut  + potraktowanie ich maszynką do golenia, to naprawdę nic wielkiego. Moja Beatka z Auchan też  by dała radę.

Koloryzacja również bez achów i echów. Nikt w pracy nie padł na kolana widząc mnie o poranku.

Za ten teatr dałam 300 złotych polskich i wiem jedno: nigdy więcej!

W czasie mojego 3-godzinnego pobytu u pana Łukasza miałam okazję poobserwować również inne jego klientki. Większość chyba wierzy w jego DAR i ja się pytam: jak to możliwe?

Czy naprawdę tak łatwo się dać omamić? Czy opakowanie jest ważniejsze od zawartości? Czy to, że płacą 100% więcej daje im poczucie, że wyglądają lepiej?

Nie wiem, nie rozumiem.

Jestem skłonna zapłacić więcej  za wysoką jakość. Znam jednego fryzjera, który na te wielkie pieniądze zasługuje. Nie chodzę do niego, bo zadobrze się znamy i w związku z tym pozwala on sobie traktować mnie jak koleżankę, która może poczekać godzinkę, bo przecież inna pani poczekać nie może…

Jest artystą, wirtuozem ale ma tez swoje zwykłe ludzkie cechy: pazerność, niepunktualność, brak dobrej organizacji pracy.

Na szczęście moje włosy dają radę bez artystów i szarlatanów. Nie dajcie się nabierać, Kochane ;)

10:05, brommbie
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 22 czerwca 2015

Już tydzień temu wróciłam z Lizbony. Okoliczności nie sprzyjały jednak blogowej pisaninie.

Zapieprz w pracy, problemy zdrowotne dzieciaków, zakończenie przedszkola. Ciągle coś. Ciągle w biegu. Kołowrotek zdarzeń, kołowrotek myśli.

Obiecałam sobie dzisiaj rano, że napisze choć parę słów. Widzę, że są tacy, którzy tu regularnie zaglądają. To miłe…

W Lizbonie było cudownie. Znacie moją fascynację Portugalią. Było więc pewne, że Lizbona też mnie zachwyci. Tych parę dni oderwania od rzeczywistości, to światło, ten klimat, ta atmosfera.

Trafiliśmy na dobry moment, bo właśnie w Lizbonie świętowano największe  święto miasta- Santo Antonio, popularnie zwane Świętem Sardynek. Obchodzone na cześć patrona miasta- Św. Antoniego.

Całe miasto przystrojone było papierowymi girlandami, a na skwerach i uliczkach wieczorami rozstawiano grille i pieczono sławetne sardynki. Przyznam się, że ich nie spróbowałam, bo nie wyglądały zachęcająco, ale i tak dałam się ponieść  atmosferze zabawy.

Wieczorkami  piliśmy tanie wino siedząc nad Tagiem albo na naszym mini-balkonie.

Nogi bolały nas od chodzenia. Góra- dół, góra-dół. Lizbona może dać w kość różnicami poziomów, jednak rekompensuje strome wspinaczki zapychającymi dech w piersiach widokami z miradouros, czyli miejskich punktów widokowych, na których można spocząć w cieniu platana i napić się czegoś chłodnego przed kolejnym spacerem ulicami miasta.

Pogoda była taka jak u nas. Żadnych upałów, temperatura ok. 20 stopni. Na szczęście nie padało, a kiedy słońce wychodziło zza chmur, czuło się że grzeje mocniej niż u nas.

Zachwyciła mnie Lizbona, zachwyciła mnie Sintra-miasteczko położone pod Lizboną, które całe spowite jest mgiełko niedopowiedzenia i magii.

Ciągle mam przed oczami piękne kamienice z suszącym się praniem, piękne płytki azulejos zdobiące fasady, tramwaje jak z bajki, Tag nad którym toczy się życie itd., itp.

Mam nadzieję, że jeszcze wrócę do Lizbony, żeby tym razem pochodzić po niej niespiesznie, posłuchać fado w przypadkowej kafejce, porozmawiać z mieszkańcami o tym, co im w duszy gra.

Sintra

Santa JustadrzewotramwajBelem

10:31, brommbie
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2