RSS
piątek, 30 marca 2012

Właściwie nic się nie dzieje. Każdego ranka wstaję, myję, ubieram się, robię szybki makijaż. Zbiegam na dół nakarmić kota, wypijam herbatę. Czasem ubieram jeszcze Glusia i robię jej płatki z mlekiem.

Potem wsiadam do samochodu i jadę ponad 30 kilometrów do pracy. To 40 minut w aucie to czas magiczny. Czas, kiedy nie skupiam się na drodze, (choć powinnam) ale myślę o Tacie.

Nie jest dobrze. Nie miało być, ale jednak człowiek ma taką naturę, że wierzy, że dobrze może być zawsze.

Tata źle wygląda, choć przytył i nawet ma apetyt. Niestety każdy dzień jest niewiadomą. Są dni dobre. Takie, kiedy na spacer można iść do parku, kiedy twarz uśmiech rozjaśnia. Są dni gorsze, kiedy ból nie daje spokoju i moja mama zwiększa dawki leków, aby pomóc, aby zagłuszyć myśli bębniące w tył głowy, myśli Jego, myśli nas wszystkich…

Rzadko jestem z Nim sama. Kiedy mama była w szpitalu obiecywałam sobie, że porozmawiamy poważnie o sprawach ostatecznych. Zapytam jak On się czuję ze świadomością, że śmierć czeka za zakrętem drogi, że widać już skrawek jej płaszcza i że każdy dzień jest przybliżeniem do Wieczności.

Chciałam zapytać, czy ma jakieś życzenia. Czy może chciałby jeszcze gdzieś pojechać, może kogoś zobaczyć. Sama nie wiem…

Siedzieliśmy obok siebie w pustym pokoju. Cisza wwiercała się w uszy. Nie odważyłam się powiedzieć pierwszego słowa. On też się nie odważył, choć słowa wisiały w powietrzu.

Nie wiem jak czuje się człowiek, który wie, że czeka na śmierć. Myślę, że każdy reaguje inaczej. Myślę, że strach nikomu nie jest obcy. Ja też się boję. Boję się, że nie będę umiała znieść Jego cierpienia, że bezsilność pozbawi mnie racjonalnego działania. Boję się, że nie będę umiała żyć po…

Najgorsze jest to, że nie wiemy ile jeszcze czasu zostało. Żaden lekarz tego nie powie, bo chyba tylko jeden Bóg wie…

I tak sobie jadę tym samochodem i o 7.45 robię „klik” pilotem, zamykając za sobą drzwi. Wchodzę do firmy, odbijam kartę…, bo przecież trzeba żyć. Cieszyć się wiosną, żartować z kolegami, jeść cukierki i pić czekoladę. Robić zakupy i bawić się z dzieckiem, Trzeba czytać książki i przeglądać prasę. Trzeba z mężem na kanapie usiąść i na spacer iść wieczorową porą. Trzeba posłuchać zwierzeń starszej córki, zabrać ją do fryzjera i do kina nawet.

Kolejny mój magiczny czas dopiero o 23.00…Światło zgaśnie, myśli wrócą na z góry wyznaczone ścieżki… Dobranoc…

11:36, brommbie
Link Komentarze (11) »
czwartek, 22 marca 2012

Pewnie niektóre z Was już słyszały, że mam pewne doświadczenia paranormalne. Nie ułatwia mi to życia, bo nie jestem z tych, co to wchodzą do piwnicy bez latarki :)

Strach dość często mi towarzyszy, ale w sumie, co się dziwić, jeśli ma się podstawy do lęku.

Odkąd wprowadziliśmy się do naszego nowego domu niewytłumaczalnych dla mnie sytuacji było jakby mniej. Czułam się spokojniejsza, lepiej spałam, potrafiłam nawet spać przy zgaszonym świetle, kiedy A. wyjechał na delegację.

Niestety sielanka nie trwała długo. Odkąd jest Gluś, każda noc, kiedy Andrzeja nie ma w domu, to dla mnie koszmar.

Na początku starałam się wszystko tłumaczyć racjonalnie. Pewnie nie jednemu tak się zdarza, że dzieci zaczynają chorować w najmniej oczekiwanym momencie. Andrzej wyjeżdżał- Natasza wymiotowała, Andrzej wyjechał - Natasza zapadała na zapalenie oskrzeli, Andrzej wyjechał- Natasza osiusiała całe łóżko, pomimo że miała pieluchę. Dawałam sobie z tym radę, bo to w końcu nic nadzwyczajnego. Byłam niewyspana, nic więcej. Zbiegi okoliczności się zdarzają.

Niestety ostatnio nie jest już tak różowo. Mówi się, że dzieci mają kontakty z zaświatami i ja skłonna jestem się pod tym podpisać. Moja Natasza chyba pewne skłonności odziedziczyła po mnie.

Kiedy jesteśmy same w nocy zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Natasza nie może spać. Męczą ją jakieś koszmary, rzuca się przez sen, płacze. Mam prawo przypuszczać, że nie śpi przez większość nocy, bo ilekroć na nią spojrzę, to oczy ma otwarte i się do mnie uśmiecha.  Ciągle mówi mi, że „ktoś tu był” i wskazuje palcem w konkretne miejsce w pokoju. Widzę przerażenie w jej oczach, ale nie mogę nic zrobić. Dzisiaj było podobnie. Wzięłam ją do siebie do łóżka. Trzymała mnie za rękę, za włosy,  wtulała się w szyję, nie mogłam jej puścić ani na chwilę. Nockę miałam z głowy.

Najgorsze jest to, że sama siebie obwiniam za całą sytuację. Mam wrażenie, że to ja ściągam jakieś dziwne prądy, czy jak to tam nazwać. Staram się być spokojna, nie wpadać w panikę. Kładę się wcześnie spać, racjonalizuję każde nietypowe wydarzenie i co? I guzik!

Jestem tym już naprawdę zmęczona. Może macie jakieś pomysły jak się z tym zmierzyć? Tylko mi nie mówcie, że mam iść do egzorcysty, pliz! I tak tego nie zrobię. Na razie stygmatów na rękach nie mam i nie bluzgam na widok krzyża i wody święconej…

Może Wasze dzieci też tak mają? Może to tylko dziecięca wyobraźnia? Tylko jak z tym żyć?

10:26, brommbie
Link Komentarze (15) »
 
1 , 2 , 3