RSS
poniedziałek, 29 listopada 2010

Dzisiaj Natasza kończy rok. Miał być wpis wspomnieniowy, ale teściowa mi krew zagotowała. Impreza urodzinowa będzie w sobotę. Chciałam zamówić tort w ulubionej cukierni. Miał być naprawdę uroczy, z Misiem Puchatkiem i Prosiaczkiem stojącymi na szczycie ciasta.

Najpierw wkurzyła mnie moja mama, która oświadczyła, że ma koleżankę, która robi zawodowo ciasta i ona już mi tort u niej zamówiła. Nie skomentowałam... Przystałam na propozycję ( a raczej jej brak, bo to był tryb oznajmujący, a nie pytanie).

Już przełknęłam pierwszy wkurw, kiedy dzisiaj zadzwoniła teściowa i oświadczyła, że ona przywozi tort. Na moją próbę protestu, zareagowała słowami, że moja mama może zrobić coś innego i jak chcę, to ona może nawet do niej zadzwonić...

Nie chciałam. Zadzwoniłam do mamy sama... Tort będzie teściowej. Ja dostałam jeszcze dyspozycje co mam kupić do dekoracji...

Czuję się podle. Na szczęście dzisiaj przyjeżdża chrzestna Nataszy. Też będzie tort i nikt się nie będzie wpieprzał. Urodziny są dzisiaj :)

Najważniejsza jest Natasza. Kocham ją i to najważniejsze. Nikt tego nie zmieni. Dzisiejszy dzień będzie pełny radości i szczęścia, tak jak każdy od jej urodzenia. Wszystkiego najlepszego, Córeczko!

11:28, brommbie
Link Komentarze (3) »
piątek, 26 listopada 2010

Za oknem pada pierwszy tegoroczny śnieg. Siedzę i popijam gorącą herbatę z cytryną. Za oknem cisza i widok pobielonego pola. Gluś w swoim łóżeczku. Jeszcze nie śpi, rozmawia z Puchatkiem albo tuli do snu Kłapouchego. Dzisiaj cały dzień w domu tylko my dwie...

Rozmyślam.

Rozmyślam nad upływającym czasem, nad tym kim jestem, kim chciałabym być.

Kontekst mojego obecnego życia skłania ku refleksjom również nad macierzyństwem. Weszłam ostatnio na forum Wegedzieciaków. To miejsce, gdzie świadome mamy dzielą się uwagami z innymi świadomymi mamami.

Jedna nachodzi mnie refleksja: moje macierzyństwo nie jest świadome. Nie drążę tematu, nie czytam specjalistów, nie umiem odpowiedzieć na wiele pytań. Działam przede wszystkim instynktownie i trochę zaczynam mieć wyrzuty sumienia.

Z socjologicznego punktu widzenia całe to wielkie "halo" wokół świadomego macierzyństwa może mieć podstawy w problemie z dzietnością, jaki dotyka współczesne społeczeństwa. Dmuchamy i chuchamy na sprawy dzieci, bo jest ich naprawdę mało. Chcemy, aby miały lepsze dzieciństwo, lepsze życie. Chcemy pobudzać ich kreatywność, chronić przed złym wpływem świata zewnętrznego. Czy to się udaje? Nie wiem.

Czy dzieci wychowane w zorganizowanym świecie, nad którym czuwa sztab ekologów, psychologów i innych magików od lepszego życia, są naprawdę szczęśliwsze? Czy te działania procentują? Czy będzie mniej przemocy, więcej radości i zdrowia, więcej szczęścia w głowach? Chciałabym wierzyć, że tak, a jednak mam wątpliwości. Nikt nie znalazł recepty na szczęście. Ma ono też u każdego inną definicję. Nie da się wychować dziecka wg przepisu podanego na opakowaniu. Nie każde działanie na ludzkim organizmie przynosi ten sam skutek.

Widzę dookoła mnóstwo dzieci. Dzieci kochanych, bystrych, radosnych i tych z problemami. Są takie, których zazdroszczę i takie, które omijam z daleka. I nawet najlepsze dobre chęci rodziców czasem nie pomagają. Nie wiem dlaczego. Przypuszczam, że na szczęście ludzkie ma wpływ zbyt wiele zmiennych. Żaden człowiek nie jest w stanie tego ogarnąć. Ten, kto popełnia błędy, przeważnie nigdy w trakcie ich popełniania, sobie tego nie uświadamia.

Nie wiem jaką jestem mamą. Nie wiem jak wychowam do dorosłości moje córki. Pozwalam się temu procesowi toczyć trochę siłą rozpędu. Daję bezwarunkową miłość. Daję wolność i stawiam granice. Pokazuję i pozwalam zobaczyć bez mojej pomocy. Czuwam i wyciągam rękę, gdy pomoc jest potrzebna. Wierzę, że to wystarczy.

A teraz idę. Idę w inne przestrzenie moich rozmyślań o poranku. Nie jestem tylko matką. Jestem też wieloma innymi osobami. Muszę czasem też o nich pomyśleć, bo znikną, a wtedy zniknę i ja...

 

 

 

10:07, brommbie
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4