RSS
wtorek, 27 stycznia 2015

Kiedy odniesiemy sukces chcemy się tym podzielić z całym światem. Rośniemy we własnych oczach, kiedy widzimy zazdrość w oczach sąsiadów. Czujemy się panami świata.

Zupełnie inaczej jest, kiedy spotka nas porażka.

Ludzie wokoł mnie udają, że nic się nie zmieniło. Ukrywają choroby, problemy z dziećmi, utratę pracy, kłopoty małżeńskie. Ostatnio mogę mnożyć przykłady takich zachowań. Jedna z koleżanek ma problemy finansowe związane ze skokiem franka. Niedawno owdowiała, więc cała firma jest na jej barkach, a firma nie działa tak dobrze, jak jeszcze parę lat temu. Sąsiad od kilku tygodni nie jeździ do pracy. Rano zawozi syna do przedszkola, a potem szybko chowa auto do garażu, aby nikt nie zauważył, że jest w domu...

Sąsiadka ma w tym tygodniu operację na otwartym sercu, a nie wie o tym nawet jej starsza córka.

Niestety problemy szybko stają się tematem plotek, więc trudno się z nimi kryć. Prędzej czy później i tak wszyscy wszystko wiedzą.

Zastanawim się dlaczego się ukrywamy. Przecież jeśli ktoś nam dobrze życzy, to podzielenie się z nim troską, która spędza nam sen z powiek, może tylko pomóc. Z doświadczenia wiem, że gdybym nie mówiła o swoich problemach, nie trafiłabym na wiele z rozwiązań. Tak było gdy zachorowała Maja- zadzwoniła mama jej koleżanki i podała namiary na super neurologa, który przyjął Maję do szpitala.Tak było, gdy poszukiwałam pierwszej pracy. Tak było, gdy potrzebowałamopiekunki dla Glusia. Przykłady mogę mnożyć.

Nie wstydzę się swoich słabości, porażek, nietrafionych decyzji. Wiem, że tylko źli ludzie cieszą się z czyjegoś nieszczęścia. Jeśli są tacy wokół mnie, to oni mają problem.  Nikt z nas nie jest doskonały. Nie ma co się oszukiwać. Nie ze wszystkimi problemami jesteśmy w stanie poradzić sobie sami.

Może się mylę, ale mam wrażenie, że Ci którzy nie mówią o sobie,  sami oceniają innych nazbyt krytycznie i nie ma w nich zbyt wiele empatii.Zasłanianie się złymi doświadczeniami też niezbyt mnie przekonuje. Może jestem niesprawiedliwa?

 

 

14:55, brommbie
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 26 stycznia 2015

Gluś przyniósł z przedszkola szkarlatynę. Pani doktor chciała nam dać zwolnienie na 2 tygodnie, ale po moich protestach stanęło na tygodniu. Mam nadzieję, że któraś babcia się zlituje i w poniedziałek przejmie Glusia pod swoje skrzydła.

Na razie pozostaje nam siedzenie w czterech ścianach, co przy Glusiu, który mimo choroby jest wulkanem energii, wcale nie jest łatwe. Dziwna ta szkarlatyna. Gdybym nie poczytała w necie, że to naprawdę niebezpieczne, to bym nie uwierzyła. Gluś prawie nie ma objawów. 2 dni gorączki, lekka wysypka, jeden rzyg na sofę... i malinowy język.

Z tą sofą to tragedia. Wyprałam Vanishem, wyszorowałam sodą oczyszczoną i dalej śmierdzi. Nie wiem co z tym zrobić. Może po porostu trzeba czasu albo... nowej sofy ;)

Bezcielesna natchnęła mnie do wpisu o bankach. Po całej tej  akcji z frankiem co chwilę ktoś dzwoni do A. z prośbą o radę. Żal mi tych, którzy są pod ścianą. Cieszę się, że nie zasiliłam ich szeregów. Mój kredyt na szczęście jest w złotówkach. Jakkolwiek, i tak spędza mi sen z powiek.

W dyskusji o frankowiczach pojawia się temat pracowników banków, którzy doradzali klientom wzięcie kredytów. Coś się tu faktycznie nie zgadza. Mój A. już od dłuższego czasu ma dylemat moralny. Dbać o interes klienta, czy patrzeć tylko na zysk? Kiedyś banki starały się zachować równowagę. Teraz mamy dziki kapitalizm i liczy się słupek na wykresie. Ma być wysoki, nieważne jakim kosztem.

Mój A., który całe swoje życie zawodowe spędził w jednym banku, nie może się w tym odnaleźć. Czuje się wypalony, nie znajduje motywacji do pracy. Ciągle pyta co z etyką, co z ludźmi, którym musi wciskać produkty, które wcale nie są im potrzebne, ba, takie, które mogą ich zrujnować!

Coraz częściej słyszę, że się zwolni. Że nie może pracować wbrew swoim przekonaniom.

I jestem w kropce. Bo z jednej strony go rozumiem i nie chcę, aby się męczył. Cieszy mnie, że nie jest typem korpoludka, że ma swoje zdanie, swoją wizję pracy, zarządzania ludźmi itp. Z drugiej strony wiem, że nie powinien się zwalniać, bo nie damy rady... z kredytem. Że staniemy pod ścianą. Że nie będzie kasy na ewentualne leczenie Mai itd.

Nie ma złotego środka. Powinnam go namawiać, aby działał jak inni. Aby się starał, nastawiał na wynik. To zabezpieczy nasz byt. Trudno mi nie stawiać dobra naszej rodziny na pierwszym miejscu, a z drugiej strony... Widzę jak wysokie ponosimy koszty pracy w korporacji. Ja też już mam coraz bardziej dość. U mnie też szykują się zmiany. Zmiany nie na lepsze.

Jak żyć? Ktoś ma jakiś super pomysł na niezależność? Hmmm??

21:28, brommbie
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 203
Prosimy o pomoc dla naszej córeczki. Agnieszka i Marcin Kost