Nie mam nastroju do rozmów, nie mam nastroju do niczego. Świat dookoła zdaje się mówić "nie warto".
Wczoraj kolejny cios, kolejne potwierdzenie tego, że poziom zrozumienia, akceptacji i sympatii nie zależy od tego, co dajemy innym z siebie. To boli, nie przeczę, ale powoli zaczynam się uodparniać i nie próbuję zmienić tego, na co i tak nie mam wpływu.
Trzeba żyć w zgodzie z samym sobą. Do tego dążę, temu się poddaję. Inaczej nie umiem.
Cieszę się, że grób Taty jest tak blisko domu. Dzisiaj poszliśmy na cmentarz w trójkę: ja, Andrzej i Gluś. Wyrzuciliśmy kolejne zwiędnięte wiązanki, podumaliśmy przez chwilę. Najlepiej się czuję, kiedy jestem tam sama. Wtedy świat zdaje się zatrzymać w miejscu. Przychodzi smutek nie do opisania. Krótka chwila, tylko ja i On. Potem przychodzi spokój. Na szczęście...
Myślałam, ba, miałam wręcz pewność, że mając te moje paranormalne doświadczenia, na pewno będę mogła liczyć na znak od Taty. Na jakiś kontakt, coś, co mi pomoże przejść żałobę.
Jest cisza. Żadnych znaków. Ani widzialnych ani innych. Najgorsze jest to, że nawet wewnątrz siebie nic nie czuję. Żadnego przeczucia, że on jest blisko. Pustka. Nie rozumiem, martwię się.
Może jeszcze nie czas?
Może On tam, pod drugiej stronie, mebluje sobie dom, wpadł wir spotkań z rodziną i starymi znajomymi? Może aż tak mu się podoba, że czasu nie ma? Może siedzi sobie na zapiecku, fajkę kurzy i po prostu odpoczywa? Ma w końcu po czym. Każdy byłby zmęczony...
Dobranoc, Tatusiu....